
Szybkość strony mobilnej a sprzedaż lokalna - jak nie tracić klientów?
Inwestycja w reklamę, która kieruje klienta na stronę ładującą się 5 sekund, to zgoda na 90% wyższe prawdopodobieństwo jego utraty, zanim zobaczy ofertę.
Od ponad 20 lat działam na styku zarządzania, marketingu, sprzedaży i technologii. Mam za sobą ponad tysiąc projektów i wdrożeń, od małych firm i e-commerce po duże organizacje, w tym globalne korporacje. Pełniłem różne role, od specjalisty po członka zarządu, dlatego potrafię patrzeć na biznes jednocześnie z perspektywy operacji i strategii.
W praktyce najbardziej cenię moment, gdy dane, technologia i decyzja spotykają się w jednym punkcie, a efektem jest mierzalny wynik.
Doświadczenie projektowe podpowiada mi "jak" to zrobić, a wiedza akademicka porządkuje "dlaczego" to działa.
Na blogu dzielę się praktycznymi wnioskami z projektów, modelami i rozwiązaniami, które da się wdrożyć.
Chcę, żeby po lekturze zostawało coś konkretnego: pomysł, checklista albo decyzja, którą łatwiej podjąć.
Po godzinach resetuję głowę w górach i na korcie badmintonowym.
🖖 Niech konwersja będzie z Tobą!

Inwestycja w reklamę, która kieruje klienta na stronę ładującą się 5 sekund, to zgoda na 90% wyższe prawdopodobieństwo jego utraty, zanim zobaczy ofertę.

Budżety reklamowe uruchamiamy w odpowiedzi na brak zleceń, co zmusza do walki o klienta w momencie, gdy koszty tej walki są najwyższe na rynku.

Pozycja nr 1 w Google na nazwę własnej firmy to wskaźnik, którym mierzymy widoczność, przez co oddajemy rynek konkurencji, do której trafiają klienci szukający konkretnych usług.

Pompujemy budżety w reklamy, by pokazać się klientom, którzy rezygnują z kontaktu po sprawdzeniu opinii w Google.

Angażowanie pracowników do ręcznego zbierania opinii to koszt 10 godzin ich pracy miesięcznie, podczas gdy system robi to za ułamek tej kwoty i bezbłędnie.

Przycisk "Zgłoś opinię" kieruje sprawę do automatu szukającego wulgaryzmów, a nie do człowieka analizującego dowody, dlatego pierwsze zgłoszenie jest niemal zawsze nieskuteczne.

Instynktownie bronimy się przed autorem negatywnej opinii, nie dostrzegając, że naszą odpowiedź czyta każdy przyszły klient, oceniając profesjonalizm firmy.

Przyjmujemy, że opinie można kupić jak każdą inną usługę, nie widząc, że dla algorytmu i urzędu jest to dowód w sprawie o wprowadzenie w błąd.

Zbieranie opinii traktujemy jak prośbę o przysługę, przez co tracimy kontrolę nad wizerunkiem, który kształtują głównie głosy osób niezadowolonych.

Polecenia od znajomych to wciąż fundament biznesu, ale dziś klient od razu weryfikuje je w sieci, gdzie pusta wizytówka w Google potrafi unieważnić najlepszą rekomendację.