
Sezonowość w biznesie lokalnym: Planuj i unikaj przestojów
Budżety reklamowe uruchamiamy w odpowiedzi na brak zleceń, co zmusza do walki o klienta w momencie, gdy koszty tej walki są najwyższe na rynku.

Budżety reklamowe uruchamiamy w odpowiedzi na brak zleceń, co zmusza do walki o klienta w momencie, gdy koszty tej walki są najwyższe na rynku.

Pozycja nr 1 w Google na nazwę własnej firmy to wskaźnik, którym mierzymy widoczność, przez co oddajemy rynek konkurencji, do której trafiają klienci szukający konkretnych usług.

Pompujemy budżety w reklamy, by pokazać się klientom, którzy rezygnują z kontaktu po sprawdzeniu opinii w Google.

Angażowanie pracowników do ręcznego zbierania opinii to koszt 10 godzin ich pracy miesięcznie, podczas gdy system robi to za ułamek tej kwoty i bezbłędnie.

Przycisk "Zgłoś opinię" kieruje sprawę do automatu szukającego wulgaryzmów, a nie do człowieka analizującego dowody, dlatego pierwsze zgłoszenie jest niemal zawsze nieskuteczne.

Instynktownie bronimy się przed autorem negatywnej opinii, nie dostrzegając, że naszą odpowiedź czyta każdy przyszły klient, oceniając profesjonalizm firmy.

Przyjmujemy, że opinie można kupić jak każdą inną usługę, nie widząc, że dla algorytmu i urzędu jest to dowód w sprawie o wprowadzenie w błąd.

Zbieranie opinii traktujemy jak prośbę o przysługę, przez co tracimy kontrolę nad wizerunkiem, który kształtują głównie głosy osób niezadowolonych.

Polecenia od znajomych to wciąż fundament biznesu, ale dziś klient od razu weryfikuje je w sieci, gdzie pusta wizytówka w Google potrafi unieważnić najlepszą rekomendację.

Interpretację widocznych opinii jako miary jakości biznesu zaburza biologia: mózg klienta jest zaprogramowany do alarmowania o zagrożeniach, a nie do doceniania dobrze wykonanej pracy.